redakcja@terazgorlice.pl    600-605-588

Prowincjonalne szczęście

Marzymy o bliskim kontakcie z przyrodą, tęsknimy za odpoczynkiem, spokojem i powrotem na łono natury. Narzekamy na wielkomiejskie życie i zaklinamy się na wszystkie dobra tego świata, że właśnie tam – daleko od szarego, zabieganego miasta będziemy szczęśliwi. Będziemy wolni od smutków wielkich aglomeracji.

Życie na prowincji toczy się wkoło pytania JAK? Tylko miejscowi krezusi czasem, i to wyłącznie nieśmiało, pytają – CO? Wtedy pojawiają się pasjonaci, młodzi ludzie pełni zapału, którzy w akcie walki z… walki ze wszystkim, co się im nie podoba, wpadają na prowincję i bezczelnie, bezpardonowo zaczynają zadawać pytanie – GDZIE…? Zupełnie inne pytania zadają letnicy, tzw. „krawaciarze”, co to przyjechali z „warszawki” czy innego wielkiego miasta, mają pieniądze, kupują kawałek ziemi, grodzą ją, wbijają tablice zakaz wstępu – teren prywatny. Później uśmiechnięci przychodzą do sąsiadów, teraz już nawet bez kawałka ciasta (bo trudno w okolicy znaleźć w sklepie świeży placek) czy nawet bez flaszki, bo kto dziś jeszcze umie pić wódkę, i zaczynają dopytywać. Ciągle pytają, gdzie to, a gdzie tamto i dlaczego tego nie ma… Że jak tak można żyć?!

Na prowincji smakuje lepiejwiejskie-zycie2

Jest w tym prowincjonalnym życiu niesamowity urok, że jest… inaczej. Pytanie tylko, jak długo może taki stan cieszyć, po jakim czasie przestaje być zabawny – traktowany jedynie jako miejscowy folklor. Kiedy do szału doprowadzać zacznie fakt, że nasz najnowszy model dotykowego telefonu służy już tylko do sprawdzenia, która jest godzina, bo w promieniu najbliższych dziesięciu kilometrów nie ma nawet namiastki zasięgu.

Stereotypowo każdy, najczęściej kobiety, tęskni za domem z ogródkiem. Pięknie umeblowanym domem z dala od miasta, z doskonale wyposażoną kuchnią, w której z radością będziemy przygotowywać wspólne posiłki z naszym wymarzonym partnerem (idąc z trendem współczesnych tendencji nie ważne jakiej płci). Nie jest to akurat ważne, choć prowincja ma na ten temat swoje własne i od wieków niezmienne,zaściankowe zdanie. Dla miastowych najistotniejsze jest aby tę sielankę mieć wspólną, żeby móc się nią dzielić. Żeby na weekend móc zaprosić znajomych, przyjaciół i nie bez rozkoszy słuchać ich zachwytów, dowodów zazdrości jak to nam wspaniale na tym „końcu świata”. Jak szczęśliwi jesteśmy siedząc na naszej nowo odnowionej werandzie patrząc jak po równo przystrzyżonym trawniku biega olbrzymi, rasowy pies, a tuż za płotem pasie się spokojnie np. nasz czystej krwi koń lub inne typowo „wiejskie” zwierzę. Zwierzę, którym zajmie się nasz „tubylczy” sąsiad, bo okazuje się, że o takiego konia czy owieczkę trzeba dbać i to przez cały rok – cóż za zaskoczenie. Miejscowy sąsiad martwi się natomiast tym, żeby sielanka jaka by nie była, i co by znaczyć miała ma być po prostu „po bożemu” i basta. Co nie zmienia faktu, że najczęściej są to bardzo dobrzy i pomocni ludzie. Ale jednak ludzie którzy, nie wybaczą choćby lekkiego przekroczenia prowincjonalnych standardów. Z przyjaciół staną się zagorzałymi wrogami i liczyć nie można, że powiedzą prosto w oczy co się im tak naprawdę nie podoba.

Stojące na stole dary natury, prawdziwe mleko tuż od krowy, które o piątej rano przyniosła pod nasze drzwi sąsiadka, świeży biały ser, dżem lub kompot z owoców z własnego ogrodu, jeszcze ciepłe ciasto sprawdza się ale tylko i wyłącznie sezonowo – weekendowo czy wakacyjnie. Wszelkiego rodzaju kwiaty i zioła w ogrodzie, cała tapro-ekologia to taka kabaretowa „o natura, natura…”Byle nie o jeden dzień za długo, byle nie o jeden krok za daleko.Wtedy z czystym sumieniem możemy być bardziej prowincjonalni niż głoszą najbardziej prześmiewcze stereotypy.

Marzenia się spełniają
Jest w nas jednak, ta przedziwna, tendencja którą często trudno pokonać, że tęsknimy za tym czego nie mamy, co jest dla nas nieosiągalne. Tkwi w nas głęboko zakorzeniona pozytywistyczna myśl o pracy u podstaw. Wtedy zaczynają się kłopoty od których dzieli nas już tylko krok do prawdziwego dramatu.

Z jednej strony czytamy w gazetach, przeglądamy internetowe artykuły w naszych tabletach o uciśnionych kobietach i mężczyznach bez przyszłości na prowincji, którzy nie mają się jak wyrwać ze swojego małego grajdołu. Współczujemy im popijając kawę lub perfekcyjnie przygotowanego drinka w najmodniejszej knajpie w mieście.Myślimy wtedy, że chętnie zamienimy się z taką osobą, że gdyby była taka możliwość, bez chwili zastanowienia rzucimy to wszystko. Że właśnie w takim miejscu będziemy szczęśliwsi. My wyemancypowane kobiety i obrotni zaradni faceci damy sobie tam radę, odnajdziemy spokój, siebie, że nareszcie będzie czas na zajęcie się spełnianiem siebie. Będziemy popijać wyśmienite czerwone wino, przed naszym wspaniałym kominkiem pisać kolejny rozdział naszej wymarzonej książki, artykułu, zdalnie „rozkręcać” firmę. Takie miejsce w naszych wyobrażeniach będzie w nas generować nieopisane pokłady weny i pomysłów. Głębokie przekonanie, że na łonie natury będziemy mieli siłę i chęci, które pozwolą nam przenosić góry, stworzymy projekty powalające na kolana dosłownie wszystkich. Niestety wbrew obiegowej opinii marzenia się spełniają, przynajmniej w jakimś stopniu, a wtedy możemy być winni jedynie sami sobie, że tego właśnie pragnęliśmy…

Rustykalne pochodzenie

Ważnym aspektem dotyczącym asymilacji obu środowisk, tak prowincjonalnych jak i miejskich jest fakt, że wspomniani wcześniej „krawaciarze” w większości mają pochodzenie małomiasteczkowe, wiejskie. Ich mentalność jest podobna do miejscowych ale mają głębokie mentalne przeświadczenie, że są nacją zdecydowanie wyższą, lepszą bo mieszkającą w dużym mieście. Co tak naprawdę nic nie znaczy bo nie ważne gdzie się mieszka i ile się ma pieniędzy kiedy przysłowiowa słoma nadal wystaje z butów, często również właśnie tych markowych. Choć tak naprawdę nonszalancja i nachalność parweniuszy bywa uciążliwa również w wielkich metropoliach. Gna tych ludzi jakąś nieposkromiona tęsknota do znanego świata, który jednak pragną zmieniać i dostosować do swoich potrzeb. Często korzystając z faktu, że coś czym w mieście nie można już zadawać szyku na prowincji jest jeszcze celem do którego dąży większość. I to nie dlatego, że ludzie z małych miasteczek są gorsi, po prostu mają mniejsze możliwości. Te małe „szpilki” które niby niechcący wbijamy bliźnim, korzystając z możliwości i ograniczeń często niezależnych od nich, rodzą agresję i nienawiść. Ta potrzeba dowartościowania siebie kosztem innych jest taką naszą, niestety, polską przypadłością, że cieszy to, że ktoś ma gorzej od nas samych. Niby współczujemy ale oddychamy z ulgą, że gdy nas wytykają palcami to i my mamy na kogo pokazać. Czy jest to leczenie kompleksów, czy tylko dość pospolity atawizm? Cel na pozór ten sam ale motywacje różne, a może jedno i drugie jednocześnie… Działa to na zasadzie: zrobimy dużo by nas kochano, ale jeszcze więcej by nam zazdroszczono. Nie można jednak zapominać, że nie ma dozgonnej miłości jest natomiast dozgonna nienawiść, uczucie równie silne ale niestety trwalsze. A wystarczy odrobina akceptacji i co najważniejsze szacunku, po trochę od jednych ale i drugichby móc wypracować kompromis próbując żyć w zgodzie ze sobą i innymi w wymarzonym miejscu.


Smutek rodzi się z czasu

Rzeczywistość, tak zwana codzienność weryfikuje jednak wszystkie nasze marzenia i plany. Niepowodzenia nie wynikają z beznadziejności czy naszej nieudolności są raczej naturalną weryfikacją naszych wyobrażeń z realnością prowincji i prawami jakimi się ona rządzi. Nasz bunt, niezgoda i brak akceptacji na ten mały otaczający nas świat nie pomoże. Będzie rodził tylko frustracje, smutek i bezsilność. Przychodzi wtedy potrzeba asymilacji, poznania i pracy u podstaw bo nadzieja umiera ostatnia. Ma się wtedy jeszcze wiarę, że coś można zmienić, zrobić coś dobrego dla siebie, dla innych. Są jeszcze młodzi „szaleńcy”, którzy zamieniają wielkie miasta na małe miejscowości. Jak pisał Douglas Adams w swoim „Autostopem przez galaktykę” ,że bycie wariatem przez jakiś czas szalenie dobrze robi. Jest to faktem niezaprzeczalnym ale cytując dalej bohatera tejże książki – Pozwoliłem swemu rozumowi dostać na jakiś czas fioła. Uznałem, że jeśli świat będzie mnie potrzebował, to się zgłosi. Tak też się stało.

Podobnie jest z wyjeżdżaniem na prowincję w młodym wieku. Jedni robią to dla idei inni dlatego, że zawsze o tym marzyli jeszcze inni bo…się zakochali w miejscu lub kimś kto mieszka na takim „zadupiu”. Myślą, że warto poświęcać coś co już mają dla nieznanego i przecież w teorii lepszego, wymarzonego i sielankowego. Taki młody człowiek pełen ideałów i wielkomiejskich przyzwyczajeń na początku ma wielką potrzebę asymilacji z miejscowymi. Chce ich poznawać, dąży do akceptacji. Przerażenie przychodzi, gdy człowiek zatraca sam siebie w tym nowym środowisku, zaczyna mówić zupełnie niezwyczajnym dla siebie językiem, zaczyna ubierać się tak jak powinien, bo inni tak chodzą. Nagle ogarnia się na chwilę, stara się wrócić do dawnych przyzwyczajeń, poszukuje bratniej duszyszukając znanej sobie normalności. Chce iść np. na kawę (do przytulnej knajpki czy choćby okolicznego baru) ale po co , kto z nim pójdzie, przecież kawę pije się w domu…

W końcu, wcześniej czy później, przychodzi otrzeźwienie. To jest ten moment, w którym świat się po nas zgłasza, kiedy trzeba wrócić z tej niecodziennej wyprawy, z tej innej galaktyki. Ale nagle okazuje się, że nasz stary świat stał się już dla nas obcy, w tym nowym prowincjonalnym nie ma dla nas miejsca bo nigdy się w nim nie odnajdziemy – stajemy się bezdomni…bezdomni mentalnie. Człowiek, który zaznał dużego miasta, który się w nim wychował i dorastał tęskni za swobodą, anonimowością i nigdy do końca nie pogodzi się z „zasadami” obowiązującymi na prowincji. Wcześniej czy później zacznie się buntować i cierpieć, że nic nie można tam zmienić. Trzeba wtedy znów się spakować, rzucić wszystko i wrócić do dawnego świata. Do rzeczywistości w większym biegu, stresie ale i pełnym wyzwań, niezależności i indywidualności, niezmąconej niczym wolności umysłowej.

Czy to dezercja? Raczej zdrowy rozsądek bo jak wszyscy wiemy z literatury walka z wiatrakami to jak wylewanie całych wiader własnej krwi w piach, a jest przecież jeszcze tyle rzeczy do zrobienia…

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że smutek rodzi się z czasu, który przepływa i nie pozostawia po sobie śladu.Dotyka to szczególnie ludzi wrażliwych, pełnych pasji, ambicji i aspiracji.A prowincja w którymś momencie rodzi już tylko odrzucenie, samotność i smutek.

prowincjonalne-szczescie

Zmierzyć się z rzeczywistością

Dziwić nie może, że młodzi ludzie uciekają do dużych miast, za granicę i to nie tylko ze względów ekonomicznych ale ze zwykłej bezsilności i braku perspektyw w swoich małych miejscowościach. W miejscach w którym zanim wrócą ze sklepu to już w ich domu wiedzą z kim rozmawiali, co kupili, a przy okazji co sąsiad z drugiego końca wsi myśli o jego zachowaniu w stosunku do np. pani sklepowej. Szybkość przepływu informacji jest nieopisana, może zawstydzić najlepsze newslettery. Zabawne, ale tylko do czasu, jako codzienność staje się nie do zniesienia.

O indywidualności czy jakiejkolwiek inności nie może być mowy. Spotyka się ona tam – w najlepszym przypadku- z niechęcią, ale w najgorszym również z ostracyzmem i szykanami. Jak w żadnym miejscu, tak na prowincji plotka jest najgroźniejszą bronią – niszczącą często komuś życie.

Dzięki Internetowi młodzi ludzie poznają świat, różne osoby pełne pasji i aspiracji. Zazdroszczą im, pragną dla siebie czegoś więcej niż to co może zagwarantować im ich mała zaściankowa społeczność. Oni już wiedzą, że miejsce kobiet to nie cztery domowe ściany, że kobiety nie muszą być kurami domowymi – jako typowo męski eufemizm, że kobieta poświęca swoje ambicje dla rodziny. A mężczyzna nie musi być jedynym żywicielem rodziny, panem i władcą, który swój wolny czas spędza z kolegami pod sklepem z butelką piwa. Młodzi wiedzą, że mają prawo, a nawet obowiązek zadbania o siebie, zapewnienia sobie czegoś więcej…

To dobrze, że wraz ze zdobywaniem wiedzy szukają siebie i swojego miejsca na ziemi bo jest szansa, że wyrwą się z marazmu i będą zdobywać swój nowy, szeroki świat, spełniać marzenia, że będą szczęśliwi. Gdy ludzie przestają się uczyć, czytać książki, przestają poznawać świat stają się „najmądrzejsi we wsi” – zsiadają się, gnuśnieją. Zaczynają zbierać mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, które nie dają im szczęścia, więc gromadzą ich jeszcze więcej i więcej…I dalej nie są szczęśliwi i nie potrafią dać go innym. Nie potrafią cieszyć się sukcesami bliźnich. Kwaśnieją zatruwając życie innym, oceniają. Dostrzegają ledwie drzazgę w oku sąsiada, mimo że sami w swoim oku nie widzą belki. Zadają ból, pewnie nawet nie z premedytacją przecież babka z dziadkiem robili to samo. Tak to działało od pokoleń. Bieda i to nie tylko ta związana z finansami to nie kwestia wyboru, to nie przypadek, to stan umysłu, w którym wygodnie jest tkwić – narzekać i z zawiścią spoglądać spode łba na tych którzy walczą o to, żeby było im lepiej.

Idylliczny obraz prowincji rodem z naszych ulubionych seriali, to jedynie mały urok w wątpliwej walce z realiami prowincji. Sprawdza się tylko w stosunku do osób, którzy przebyli trudną drogę dojrzałego życia, spróbowali czegoś innego, poznali na własnej skórze, że można żyć inaczej. Prowincja to idealne miejsce dla emerytów i to tych w dobrym zdrowiu, których stać na utrzymanie się w takiej „dziczy”, lub osób które są na tyle zamożne, że jedyne czego chcą oczekiwać od innych ludzi to, to żeby dali im już całkowicie święty spokój. Albo jeszcze takich, którzy uważają, że inni mogą już ich tylko pocałować w d…, a i to nie musi być z umiarem.

Zuzanna Zaczek

Podobne wpisy

  1. Darek Odpowiedz

    Pani Zuzanno, dawno nie czytałem tak dobrze napisanego felietonu.
    Nawet nie spodziewałem się, że TerazGorlice.pl zaskoczą mnie takim poziomem dziennikarstwa. Miałem wielką frajdę i przyjemność czytając ten tekst. Bardzo mądrze napisane, przez osobę, która rzetelnie przygotowała się do tematu. Bardzo dziękuję i pozdrawiam.

  2. ola Odpowiedz

    Wrzuciła Pani wszystkich do „jednego wora” strasznie dużo wymądrzania się w tym długim teksce i po kilku pierwszych wersach nie chce się już czytac tych madrosci posklejanych do kupy. Karzdy ma swoja drogę i być może ne karzdy musi zapraszać znajomych na swierze mleko i ser od sąsiada tylko po to aby zyskac podziw gosci….. Jedno zdane mi sie podobalo „Sprawdza się tylko w stosunku do osób, którzy przebyli trudną drogę dojrzałego życia, spróbowali czegoś innego, poznali na własnej skórze, że można żyć inaczej. ”
    o

    • andre Odpowiedz

      O matko ile błędów. Kobieto ,to straszne.

    • Sławek Odpowiedz

      A może po prostu Pani nie zrozumiała o czym jest tekst…

  3. andre Odpowiedz

    A tekst świetny. Gratuluję.

  4. Paweł Odpowiedz

    Bardzo mądry i ciekawy artykuł! Dziękuję!

Skomentuj

Pin It on Pinterest