redakcja@terazgorlice.pl    600-605-588

Mariusz Pacion: Nie ma już miejsca na ciszę…

Czy to brutalnie wydarci z sennej nierzeczywistości, czy w pół zaskoczeni – już nie śpiąc – zanim przebrzmi do końca koszmarna budzikowa sonata, zrywamy się, jak zwykle, by zacząć kolejny dzień. W porannym pośpiechu, w zamieszaniu piżam i kapci, pod kołdrami pozostawiwszy stygnące resztki nocy, pijemy szybką kawę i wybiegamy, zatrzaskując drzwi, za którymi porywa nas wir spraw.

zegaryTak zapewne wygląda poranek większości zapracowanych mieszkańców Gorlic. Tak wygląda mój. Dokądkolwiek zmierzam i jakie nie byłyby moje plany „na dzisiaj”, świadomość ich tkwi w centrum mojej jaźni, niczym w polu celownika snajperskiego karabinu. W takiej optyce – optyce celu – obraz świata ubożeje, staje się nieprawdziwy, bo okrojony o tę „resztkę” znajdującej się poza widzianym w okularze obszarem rzeczywistości.

A jest tego całkiem sporo i można wytoczyć całą artylerię zarzutów i konsekwencji wynikających z takiego stanu rzeczy, lecz obawiam się, że strzelałbym również do samego siebie – bo nie da się tak po prostu umyć rąk od cywilizacji w której jesteśmy zanurzeni po same uszy. Wróćmy więc lepiej do niewdzięcznego motywu pobudki. Tak bowiem, na ogół niestety rozpoczyna się dźwiękowa oprawa naszego dnia. Nie zwracam na nią większej uwagi i nawet jeśli cała ta kakofonia codzienności pozostaje gdzieś w tle mojej percepcji, to trudno przecież zanegować fakt iż wywiera na nasze sterane układy nerwowe wpływ raczej negatywny.

Weźmy za przykład natrętną wszechobecność zegarów, metronomów naszego pośpiechu. Ich dźwięki, czy jest to dostojne stopniowanie napięcia pomiędzy jednym a drugim przeskokiem olbrzymiej wskazówki ściennego mechanizmu, czy to hałaśliwa monotonia odliczanych indeksów, czy wreszcie trucht sekundnika narzucają nam tempo życia niekoniecznie zgodne z naszym chronometrem biologicznym. Zamiast tego, z arogancją kwarcowego układu odniesienia tykanie porcjuje nasze życie na dwanaście, dwadzieścia cztery, sześćdziesiąt i tak dalej.

A gwar, uliczny rozgardiasz, gdzie w ścisku wizg, jazgot, warkot i wrzawa?

Gwar wisi nisko nad miastem. W tej gęstwie złożonej z poszczególnych słów, fragmentów zdań i myśli, w tej chmurze poprzetykanej śmiechem, okrzykami złości albo rozczarowania, rozświetlanej tu i ówdzie przebłyskami świergotów pomniejszego ptactwa i brudnej od sadzy rozkrakanych dachów zdaje się rządzić fizyka gazów, dyfuzja przypadkowych zderzeń, konwekcja niespodziewanych zestawień i znaczeń.

Pod ową chmurą rozbiegają się naprężone do granic motocyklowego skowytu arterie ulic, na których skrzyżowaniach chropowate, muzyczne tło dobywające się z tłumików innych pojazdów podporządkowane jest partyturze trzykolorowej sygnalizacji. Nad wszystkim, niczym symboliczne memento dominują histeryczne partie solowe karetek i radiowozów.

Przez zawiesinę całego tego bajzlu i hałasu raz po raz przebijają się dźwięki kościelnych dzwonów i wygrywane z miejskiego ratusza cogodzinne kuranty.

Nie ma już miejsca na ciszę. I nie ma też dla niej czasu.

Powoli staje się ona czymś nieosiągalnym, rodzajem ekskluzywnego dobra, żeby nie powiedzieć towaru. Ci którzy mają potrzebę jej doświadczania, albo też boleśnie odczuwają jej brak zmuszeni są do opuszczania swych miast i poszukiwania odległych, odludnych miejsc, albo przynajmniej takich, gdzie w sprawie porannej pobudki za autorytet nadal uważany jest drób.

Myślę, że wciąż nie doceniamy ciszy, skazani na jej niedostatek miotając się między poniedziałkiem a piątkiem, między kolejnymi miesiącami i latami, w automatyzmie sztucznie odmierzanych chwil tracimy tak wiele z uroków życia. A przecież jest ona prawdziwym tłem naszej egzystencji, udziałem planety wirującej w milczącym kosmosie i ludzi pod osłoną gwieździstego nieba.

Myślę, że prawdziwy czas biegnie w ciszy, że jego przepływ rodzi się z wszelkiej zmiany i że poza nią nie ma on innego źródła, po prostu nie istnieje. Więc kiedy złączą się dwie komórki zaczyna płynąć, odmierzając naszą wędrówkę pomiędzy ciszą a ciszą, aż po ostatni oddech.

„Między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą
Sprawy martwe i żywe nie do końca prawdziwe
Między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą
I idą, i płyną póki nie przeminą „

(Fragment wiersza Michała Zabłockiego: Między ciszą a ciszą)

 

Podobne wpisy

  1. Batman-Woźnica Odpowiedz

    Dzwony kościelne i odgłosy prywatnych samochodów jakoś mi nie przeszkadają, ponieważ stanowią tło, mże nawet coś w rodzaju muzyki konkretnej.
    Czy nie należłoby zacząć od wiecznie włączonych telewizorów i wszędzie wyjącego radia?! Czy ktoś wskaże mi w tym mieście knajpę, w której można normalnie porozmawiać, odebrać telefon. Zapalić nie można i nie da się nawet pogaadać. Może niedługo pojawią się specjalne wydzielone kącki dla rozmawiających?! „Radyjko” choćby niezbyt głośne zagłusza nasze myśli, zabija monlog wewnętrzny. Taka „muzyczka” to nie jest żaden styl „młodzieżowy”. Młodzież, która to rozpropagwała w latach 60 XX w., jest dziś pod siedemdziesiątkę. Kiedy wreszcie ludzie uświadomią sobie, że „łomot” to „obciach”?!

Skomentuj

Pin It on Pinterest