redakcja@terazgorlice.pl    600-605-588

Wspomnienia jak żywe obrazy. Wywiad z Janiną Brzozowską, 92-letnią Sybiraczką z Gorlic

Powitał mnie pokój pełen wspomnień. Półki z książkami, albumami i zapisanymi ręcznie notatkami to było coś za wzór galerii w telefonie lub tablicy na Facebooku, lecz o ile cenniejsze. Pani Janina urodziła się 27 maja 1927 roku we Lwowie. Przeżyła II wojnę światową i zesłanie na Sybir. I choć minęło 79 lat, wciąż dokładnie pamięta tamten okres, a jej wspomnienia są tak żywe, że malują w wyobraźni słuchacza dokładne obrazy tamtych czasów.

Pani Janina przegląda stare fotografie – fot. Anna Kimla

Pani Janina nie chciała czytać i słuchać historii innych zesłanych. Myślała, że skoro ma swoją własną, nie musi tego robić. Jednak po pewnym czasie zrozumiała, jak bardzo się pomyliła. Każdy człowiek ma inną historię i dlatego warto poznać ich jak najwięcej. Tyle jest ludzi, ile historii. Poznajmy jedną z nich.

Wpis z pamiętnika 1 stycznia 1991 r.

Dobrze utrwaliły mi się w pamięci wiosna i lato 1939 roku. W tym roku ukończyłam szkołę podstawową powszechną, jak ją wtedy nazywano, i zdałam egzamin wstępny do gimnazjum. Mamusia dumna była ze mnie niezmiernie. Sierpień tego lata spędziliśmy, to znaczy ja, Wojtuś i Mamusia, na Polesiu, w Hucie Stepańskiej – „raczkującej” miejscowości uzdrowiskowej, gdzie Mamusia kurowała w borowinie swój reumatyzm, a my z Wojtusiem i grupą rówieśników hasaliśmy i dokazywali bez miary. Docierało nieraz do mnie przewijające się w rozmowach dorosłych słowo „wojna”, które napawało mnie niesamowitym lękiem i na chwilę zakłócało beztroskę dzieciństwa. W ostatnich dniach sierpnia wróciliśmy do Ostroga, by nieomal nazajutrz dowiedzieć się o wybuchu wojny. Ostróg leżący na granicy polsko-rosyjskiej wydawał mi się bardzo odległy od linii frontu. 19 pułk ułanów stacjonujących tu wyruszył na wojenkę żegnany przez miejscową ludność łzami i kwiatami. Nie dotarły do Ostroga samoloty bombowe, ale twardo kopaliśmy jakieś okopy, szyliśmy maseczki przeciwgazowe, zaklejaliśmy paskami papieru szyby, szczelnie wieczorem zasłanialiśmy okna, wszystko zgodnie z instrukcjami. A z radioodbiornika płynęły słowa o broniącym się Westerplatte, o nalotach bombowych na Warszawę i w ten upalny i bezdeszczowy początek września błagaliśmy Pana Boga o deszcz, który mógłby spowodować utonięcie niemieckich czołgów w polskim błocie.

AK: Jak to się wszystko zaczęło?
JB: II wojna światowa już trwała. Tereny gdzie mieszkałam to były tzw. Kresy Wschodnie. Mieszkałam w województwie wołyńskim. Moi rodzice, Wiktor i Bronisława Dobrowolscy, pracowali jako nauczyciele w Ostrogu nad Horyniem, gdzie też spędziłam dzieciństwo. Było to na samej granicy polsko-radzieckiej. Od centrum miasta do granicy były raptem cztery kilometry. Dlatego najpierw pamiętam zajęcie tych terenów niespodziewanie przez Związek Radziecki. To było 17 września 1939 roku. Pamiętam, że o świcie zbudził mnie jakiś hałas. Była może 4 rano. Rodzice stali przy oknie. Nagle usłyszałam straszny huk. Zobaczyłam strasznie dużo wojska i jadące czołgi. W pierwszej chwili myślałam, że to Niemcy, ale dziwne były ich mundury. I te czerwone pięcioramienne gwiazdy na czapkach i czołgach. Rodzice powiedzieli mi , że to nie Niemcy, tylko Armia Czerwona, która nielegalnie przekroczyła granice i zajmuje te tereny. Zaczęła się okupacja radziecka…

Boże Narodzenie to były ostatnie rodzinne święta w stałym gronie. Było nas czworo dzieci. Ja byłam najstarsza, miałam wtedy dwanaście lat, potem dwa lata ode mnie młodszy brat i dwie malutkie siostry, jedna niespełna dwuletnia i druga, która dopiero w marcu kończyła rok. Kiedy zaczął się 1940 rok, obiło się nam o uszy, że w lutym odbyła się pierwsza masowa wywózka. Aresztowania zaczęły się od razu we wrześniu, ale nas to wtedy jeszcze nie dotyczyło. Dotknęło nas to dopiero 23 marca. Wtedy aresztowano mojego ojca.

AK: Czy wcześniej czuć było strach, że może to dotknąć również Pani rodzinę?
JB: Tak, ciągle żyliśmy w lęku. Sklepy opustoszały, nie było tyle towarów jak dawniej. Kiedy przyszli aresztować mojego ojca, w nocy z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę, na początku pozorowali jakąś rewizję. Potem powiedzieli, że ojciec musi iść jeszcze na przesłuchanie, aby wyjaśnić pewne sprawy. Moja młodsza siostra płakała u mamy na rękach. Ja też się obudziłam, ale nie miałam odwagi, żeby wstać. Do dzisiaj nie mogę sobie darować, że wtedy nie zerwałam się z łóżka, żeby pożegnać się z ojcem. Świąt wielkanocnych nie spędziliśmy już razem.

Dwa tygodnie później, 13 kwietnia, odbyła się druga masowa wywózka, która objęła naszą rodzinę. To było dla nas wielkie zaskoczenie. Myśleliśmy, że po aresztowaniu ojca już nic złego nas nie spotka. To był szok. Nie byliśmy kompletnie przygotowani, że coś takiego może nas spotkać. Myśleliśmy, że jeżeli ojca zabrali, to już wystarczy. Dlatego mama po prostu nie wiedziała, co ma robić. Ci, którzy po nas przyszli, sami zaczęli pomagać. Zaczęli wywalać ubrania z szaf na prześcieradła, koce, obrusy. To wszystko pakowaliśmy na samochód, który już stał przed domem. Nie mieliśmy ze sobą żadnego jedzenia.

Wpis z pamiętnika 2 lutego 1991 r.

Mama zapytała: „A co z babcią?” Wtedy padła odpowiedź, że co do jej osoby nie mają nakazu przesiedlenia, że same muszą o tym zadecydować. Mama zadecydowała szybko – „Babcia zostaje, po co ją wieźć w jakieś obce kraje, aby tam pochować?” Żegnając się, powiedziały sobie: „Do zobaczenia na tamtym świecie”, ale zobaczyły się jeszcze na tym. Przewieziono nas do stacji kolejowej Ożenin, gdzie stały przygotowane wagony bydlęce. W środku każdy wraz z rodziną znalazł sobie jakiś kącik.

AK: Jak Pani malutkie siostry zniosły takie nieludzkie warunki?
JB: Ja właśnie nie wiem! Nie pamiętam, jak one to przeżyły. Jeszcze dwa dni staliśmy w tych wagonach. Bardzo ważną rzeczą, którą wzięliśmy ze sobą, były materace z łóżka. Dzięki temu mieliśmy na czym spać. Po dwóch dniach zaczęła się podróż. Pomimo tego, że uczyłam się geografii, byłam zdezorientowana. Jechaliśmy i jechaliśmy, gdzieś na wschód, byliśmy zamknięci w wagonach i nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Podróż trwała dwa tygodnie. Wraz z nami jechały głównie matki z dziećmi i starsze osoby. Nie było mężczyzn w wieku mojego ojca.

Pani Janina wstaje i pokazuje mi portret swojego ojca wiszący na ścianie, schludnego młodego mężczyzny. Obok niego wisi także zdjęcie jej matki, teściów i Pani Janiny wraz z mężem.

JB: Razem w nami w wagonie była także żona burmistrza miasta, którego aresztowano we wrześniu, z czwórką dzieci, które były już w wieku licealnym. To właśnie oni zajęli się niesieniem pomocy innym matkom. Pociąg jechał całymi godzinami. Kiedy stawał, również zajmowało to mnóstwo czasu. Raz na dzień odryglowano drzwi i dawano we wiadrach jakąś zupę, chleb, kaszę, a dzieciom mleko. Za ubikację służyła dziura pośrodku wagonu. Pamiętam, że w wagonie był też piecyk, w którym można było zagrzać wodę.

Wpis z pamiętnika 10 lutego 1991 r.

Pociąg mknął naprzód w jakieś strasznie odległe kraje, o których nigdy w najokropniejszych snach nie śniłam. Każdy dzień oddalał nas coraz bardziej od rodzinnych stron, co napawało nas niesamowitym przerażeniem…

Rozmawiała Anna Kimla
Ciąg dalszy w następnym numerze…

Artykuł ukazał się w majowym „Rentgenie Kromera” – nr 2(19)/2019

Podobne wpisy

Skomentuj

Pin It on Pinterest