redakcja@terazgorlice.pl    600-605-588

Monika Jamer z Łużnej – misjonarka z prawdziwą misją na życie

Już niedługo po raz kolejny odwiedzi Afrykę. Na misjach Monika Jamer pomaga innym, ale zdobywa także doświadczenie. To Pan Bóg daje jej siłę, ale robią to też ludzie, których spotyka. W końcu w każdym człowieku można dostrzec Boga. Jak wyglądają misje? Ile trzeba się do nich przygotowywać? Co można zyskać w zamian oraz jak nie bać się niebezpieczeństw i odpowiedzialności? Przekonajcie się sami!

Monika Jamer z dzieckiem plemienia Pokot (Kenia) – © Portal Wiara.pl

Jan Niemiec: Na początku, jak się to wszystko zaczęło? Skąd się wziął pomysł, aby wyjechać na misje?
Monika Jamer: Wszystko zaczęło się w gimnazjum, kiedy jeden z wikarych wyjechał na misje do Kazachstanu. Podczas swoich urlopów przyjeżdżał i odwiedzał naszą rodzinę. Opowiadał nam o swojej pracy. Myślę, że to on pokazał mi istotę tego, czym są misje, jak wygląda praca misjonarza oraz jak wielkie są potrzeby. Liceum to był czas, kiedy nie umiałam nic znaleźć. U nas w regionie nie ma żadnych grup misyjnych. Był to czas czekania na jakieś możliwości. Dopiero na studiach, gdy byłam odpowiedzialna sama za siebie, a rodzice nie musieli się mną zajmować i mnie utrzymywać, zaczęłam jeździć na spotkania Świeckich Misjonarzy Kombonianów do Krakowa. Tak się zaczęło. Czas formacji trwał ok. 4 lat. W tych czasie byłam 2 razy w Kenii.

J.N.: Ile czasu trwa dobre przygotowanie się do takiego wyjazdu?
M.J.: Ogólnie formacja trwa dwa lata. Jeżeli ktoś nie umie podjąć decyzji, lub po prostu nie wie, co robić, to formacja może być dłuższa. Oczywiście, jeżeli ktoś przeszedł dwa lata formacji, był na miesięcznym doświadczeniu misyjnym oraz podjął decyzję o wyjeździe, może wyjechać. Jednak, jeśli ktoś potrzebuje więcej czasu, ma go po to, by ta decyzja nie była podjęta w pośpiechu.

J.N.: Co dał pani wyjazd na misje?
M.J.: Przede wszystkim dużą otwartość na to, co może mnie spotkać. Na to, co daje kolejny dzień. Niemartwienie się tym, co będzie jutro. Świadomość, że żyjemy tym dniem i chwilą, które są teraz. Trzeba się cieszyć tym, co się ma. Zrozumiałam, że trzeba doceniać to, co mamy tutaj w Polsce – możliwość życia w wolnym kraju.

J.N.: Czy nie obawia się Pani niebezpieczeństwa w Republice Środkowo Afrykańskiej na kolejnej misji?
M.J.: Nie. Jest to kraj ogarnięty konfliktem, gdzie od kilku lat trwa wojna domowa, ale myślę, że wszędzie może nam się coś stać. Możemy wyjść na ulicę w Gorlicach i nie wiadomo, co nas może spotkać. Oczywiście, wyjazd do Afryki jest większym niebezpieczeństwem niż wyjazd do Gorlic, ale myślę, że jeżeli ufamy, że jest ktoś, kto nas prowadzi i jeżeli wiemy, po co tam jedziemy, a przede wszystkim ufamy tym ludziom, do których jedziemy, będziemy mieć spokój w sercu. Oczywiście, biorę pod uwagę, że mogą się wydarzyć różne rzeczy, ale przede wszystkim kluczowe jest zaufanie do Pana Boga. Wiara w to, że on się nami zaopiekuje tam, gdzie będziemy.

J.N.: Co panią zaskoczyło? Może ma pani jakieś ulubione wspomnienia z misji?
M.J.: Przede wszystkim gościnność ludzi. To, że bez problemu są w stanie nas ugościć w swoim domu. Otworzyć swoje drzwi dla nas, białych obcych ludzi. Warto też zadać sobie pytanie, jak my zareagowalibyśmy, gdyby do naszych drzwi zapukał jakiś obcokrajowiec, a już nie mówię o odmiennym kolorze skóry. My nie otworzylibyśmy tych drzwi. A oni otwierają swoje drzwi, swoje serca i chcą się podzielić tym, czego nawet nie mają. Dzielą się swoim ostatnim posiłkiem w ciągu dnia lub przygotowują dla nas herbatę. Ta otwartość i życzliwość ludzi była dla mnie dużym zaskoczeniem. Ci ludzie, pomimo swojej biedy, są w stanie dzielić się wszystkim, co mają.

J.N.: Jak przekonałaby pani ludzi, którym brakuje odwagi, aby podjęli taką inicjatywę?
M.J.: Teraz mówi się o tym, że nie ma powołań. Są powołania, tylko nie ma na nie odpowiedzi. Ja jestem przykładem osoby, która zaufała panu Bogu. Powiedziała „tak” na jego wezwanie.

Dzisiaj doświadczam tego, że Pan Bóg jest w stanie się nami zająć. On nie tylko troszczy się o nas, nie tylko daje nam wszystko, czego nam potrzeba, ale przede wszystkim On też troszczy się o to, abyśmy mogli zamknąć wszystkie swoje sprawy, które mamy tutaj. Chce, żebyśmy mogli jechać na misje ze spokojną głową.

Uważam, że jeżeli ktoś ma takie pragnienie, to pragnienie w nim nie zgaśnie. Pan Bóg na kartach Pisma Świętego mówi nam 365 razy pod różnymi formami: „nie bój się”, „nie lękaj się”. Na każdy dzień chce nam powiedzieć: „Nie bój się, ja jestem z Tobą”. Myślę, że to jest duża zachęta do tego, żeby wziąć życie w swoje ręce.

Rozmawiał Jan Niemiec z kl 2d

Artykuł ukazał się w majowym „Rentgenie Kromera” – nr 2(19)/2019

Podobne wpisy

Skomentuj

Pin It on Pinterest