O pasji do starych pojazdów, patriotyzmie technicznym i tęsknocie do prostszego świata. Wywiad z Wojtkiem Grzywą
Wojtek Grzywa, uczeń kl. 4A I LO im. M. Kromera w Gorlicach, choć obecnie intensywnie przygotowuje się do egzaminu maturalnego, znalazł dla naszego Szkolnego Portalu Informacyjnego TerazKromer.pl chwilę czasu, aby opowiedzieć o swojej pasji do starych pojazdów krajowej produkcji. Poznajmy bliżej właściciela parkującego na szkolnym podwórku wypieszczonym motocyklem WSK z 1979 i równie eleganckim Polonezem Caro Plus z 1999.
Redakcja TerazKromer.pl: Czy pamiętasz, jak zaczęła się Twoja pasja do starych motocykli i samochodów? Skąd wzięły się te zainteresowania?
Wojtek Grzywa: Myślę, że pasja do starej motoryzacji przyszła razem z ogólnym zainteresowaniem dawnymi czasami i ówczesną techniką. Pamiętam, że od małego fascynowały mnie gramofony, magnetofony czy analogowe aparaty fotograficzne. Również od dziecka przesiadywałem godzinami przed telewizorem, oglądając programy motoryzacyjne, w których przywracano do życia stare samochody. Jeżeli chodzi konkretnie o rodzimą motoryzację, to myślę, że wpłynęły na to opowieści członków rodziny, w których często wspominane były przygody związane z motocyklami czy samochodami krajowej produkcji.
Redakcja TK: Co już zdobyłeś do swojej kolekcji? Czy sam remontujesz stare pojazdy, a jeśli tak, to opowiedz o tym Czytelnikom TerazKromer.pl.
W.G.: „Kolekcja” to chyba zbyt wielkie słowo, przynajmniej jak na ten moment. Pierwszy był Romet Chart 210 z 1990 r. To od niego zaczęła się w zasadzie moja przygoda z motoryzacją od strony praktycznej. Nie miałem wtedy jeszcze zbytnio doświadczenia, więc w zasadzie cały remont odbył się z pomocą mojego taty. Więcej rzeczy w pojedynkę zacząłem robić dopiero po zakupie motocykla WSK M06B3 z 1979 r. Oczywiście przy renowacji dalej korzystałem z pomocy innych osób, w tym przypadku również mojego taty oraz kolegi z klasy, Piotra, który pomógł mi z remontem silnika. Wraz z rozpoczęciem kursu na prawo jazdy kategorii B, pojawiła się potrzeba znalezienia samochodu. Oczywistym dla mnie wyborem był Polonez. Wybór padł na wersję Caro plus z 1998 r. Również i w jego przypadku starałem się jak najwięcej rzeczy robić samemu, czasem wspomagając się pomocą innych.
Warto zaznaczyć, że tak naprawdę praca nad żadnym z powyższych sprzętów nie została na razie ukończona. Z racji wieku, pojazdy te trapi wiele bolączek i prawie zawsze jest coś do zrobienia. Problemy są również z częściami, które są coraz trudniej dostępne, a nowe, często dalekowschodnie zamienniki, mało kiedy dorównują oryginalnym. Problem ten jest szczególnie widoczny w przypadku charta, do którego części są dosyć ciężko dostępne z uwagi na małą popularność tego motoroweru.
Redakcja TK: Czego Twoim zdaniem współczesne, naszpikowane elektroniką samochody mogłyby się „nauczyć” od maszyn sprzed kilkudziesięciu lat?
W.G.: Myślę, że współczesne samochody są zwyczajnie przekombinowane. Na kursie na prawo jazdy miałem okazję jeździć nowoczesnym samochodem i mnogość systemów mających „pomóc” kierowcy była wręcz przytłaczająca. Niektóre z nich zwyczajnie mi przeszkadzały. Czasami dochodziło do tego, że auto zdawało się mieć drugiego kierowcę, z którym trzeba było się kłócić co do tego, jak samochód ma dalej jechać. Oczywiście skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że wszystkie systemy są zbędne. Udogodnienia takie jak ABS czy poduszki powietrzne znacznie poprawiają bezpieczeństwo. Niestety, w moim odczuciu ilość elektroniki, która jest pakowana do samochodów obecnie, jest po prostu zbyt duża.
Osobną kwestią jest fakt coraz bardziej ograniczanej naprawialności pojazdów. Moim zdaniem jest to spowodowane zarówno celowym działaniem producentów, którzy chcą w ten sposób napędzić sprzedaż, jak i coraz ostrzejszymi przepisami dotyczącymi m. in. emisji spalin, które wymuszają nadmierne skomplikowanie samochodu. Wszystko to powoduje, że ciężko jest sobie wyobrazić sytuację, w której dzisiaj zakupionym, nowym samochodem, można by jeździć kolejne 30 lat.
Redakcja TK: Gdyby budżet i miejsce w garażu nie grały roli, to jaki jeden, konkretny pojazd stałby się Twoim „Świętym Graalem”?
W.G.: Jest wiele takich pojazdów. Myślę jednak, że na pewno znalazłby się wśród nich Polski Fiat 125p. Jest to, obok Poloneza, najbardziej ikoniczny przedstawiciel polskiego przemysłu motoryzacyjnego. Byłby to jednak model z okolic 1975 roku. Co prawda wersje wcześniejsze są bardziej poszukiwane i cenione przez kolekcjonerów, jednak dla mnie i myślę, że także wielu innych ludzi pierwszą wizją na hasło „duży fiat” są właśnie wersje późniejsze.
Redakcja TK: Wiemy, że jeździsz Polonezem. Jaka jest jego historia? Dlaczego właśnie ten samochód?
W.G.: Po przygodach z rodzimymi jednośladami naturalną droga rozwoju był krajowy samochód, a Polonez był od zawsze jednym z moich marzeń. Pamiętam długie dyskusje z rodzicami na temat sensowności tego zakupu. Ostatecznym kompromisem stała się wersja Caro plus, gdyż miałem przynajmniej wybrać jak najnowszego. Egzemplarz, który użytkuje, został kupiony w Przemyślu, natomiast pierwszy właściciel jeździł nim po Wałbrzychu. Pomimo iż z relacji poprzedniego właściciela wynikało, że samochód nie widział garażu przez 25 lat swojego istnienia, był całkiem zdrowy blacharsko. Niestety, w wielu miejscach korozja dawała już się we znaki, stąd zapadła decyzja o malowaniu. Z uwagi na fundusze, razem z tatą postanowiliśmy zrobić to w domowym garażu. Wszystkie przygotowania, jak i ponowny montaż, zajęły łącznie ponad 2 miesiące. Całość nie wyszła idealnie, ale najważniejsze jest to, że samochód został zabezpieczony na najbliższe lata. Docelowo w planach jest profesjonalne lakierowanie, ale póki co jest to strefa marzeń.
Redakcja TK: Czy jazda Polonezem w 2026 roku to dla Ciebie manifest patriotyzmu technicznego, czy raczej chęć wyróżnienia się z tłumu identycznych, zachodnich SUV-ów?
W.G.: Oczywiście, na dzisiejszych drogach, Polonez wyróżnia się z tłumu, jednak nigdy nie było to moim nadrzędnym celem. Samochód ten zwyczajnie zawsze mi się podobał. Kwestia „patriotyzmu technicznego” również była nie bez znaczenia. Uważam, że cały nasz przemysł, zarówno motoryzacyjny, jak i elektroniczny, był mocno niedoceniany, a rzekoma przepaść między sprzętem naszym, a zagranicznym nadmiernie dramatyzowana.
Redakcja TK: Twoi rówieśnicy wybierają wygodę i klimatyzację. Co Ty czujesz, gdy wsiadasz do kabiny pachnącej latami 90. i słyszysz ten charakterystyczny dźwięk tylnego mostu? Chyba że nie słyszysz…
W.G.: Prawdę mówiąc, to stało się to dla mnie poniekąd normą, szczególnie słynny wyjący most, na który człowiek już mało kiedy zwraca uwagę. Myślę jednak, że najważniejszym aspektem, który sprawia, że jazda Polonezem, czy starymi motocyklami, jest tak przyjemna, to możliwość przeniesienia się, chociaż na chwilę, do prostszego świata, bez wszelkich ekranów, czy innych rzeczy marnujących nasz czas. Istotna jest również satysfakcja płynąca z jazdy maszyną, którą się samemu wyremontowało i na własną rękę dba się o jej dalszą sprawność techniczną.
Redakcja TK: Jakie jest Twoje podejście do oryginalności pojazdów zabytkowych? Jesteś zdania, że każda śrubka ma być oryginalna, czy może pozwalasz sobie na drobne usprawnienia?
W.G.: W tej kwestii można wyróżnić trzy podejścia. Pierwsze polega na zachowaniu pojazdu w stanie możliwie oryginalnym i powstrzymaniu się od jakiejkolwiek ingerencji. Kolejną możliwością jest renowacja, podczas której trzyma się ściśle specyfikacji fabrycznej, jak kolor, czy części charakterystyczne dla danego rocznika. Ostatnią opcją jest remont, podczas którego przystosowujemy samochód bądź motocykl pod własne preferencje, luźno trzymając się oryginału. Wszystkie te podejścia mają swoich zwolenników i przeciwników. Mi osobiście najbliżej jest do trzeciej opcji.
Oczywiście, gdyby trafił mi się przykładowo motocykl, który mimo kilkudziesięciu lat jest w znakomitym stanie fabrycznym, pewnie bym go takim zostawił. Podobnie postąpiłbym w przypadku unikatu, którego powstało niewiele egzemplarzy. Ograniczyłbym się wtedy co najwyżej do powrotu do stanu z dnia produkcji. Posiadając jednak taką WSKę, która była najpopularniejszym motocyklem PRL-u i przetrwała w tysiącach egzemplarzy, nie czuję potrzeby rygorystycznego trzymania się serii. Z racji, że jest to mój codzienny środek transportu, pozwoliłem sobie na pewne modyfikacje poprawiające wygodę podróżowania czy niezawodność. Innym problemem jest już przywoływany przeze mnie problem z częściami, który uniemożliwia pełne przywrócenie niektórych pojazdów do oryginału.
Redakcja TK: Serdecznie dziękujemy za poświęcony czas i tak obszerne podzielenie się szczegółami swej pasji z Redakcją TerazKromer.pl i Czytelnikami. Życzymy spełnienia wszystkich motoryzacyjnych marzeń, setek tysięcy przejechanych szczęśliwie kilometrów i nieustającej satysfakcji.


































